Chciałem powiedzieć więcej, ale jak czytam dalej okazuje się, że już wyczerpaliście większość tego co miałbym do powiedzenia. Trochę powtórzę, co już napisane i trochę dodam.
Z tego, na co w ogóle mamy jakikolwiek wpływ zdecydowanie najgorsi są szabrownicy kradnący rośliny na handel. Też uważam, że najlepsze, co możemy zrobić to wysycać rynek rodzimymi gatunkami i ograniczyć handel z podejrzanymi osobami. Ale żeby to ograniczenie działało to informacja, że jakaś konkretna osoba kradnie rosiczki/torfowiec z natury musi być łatwo dostępna. Tu przydałby się jakiś przyklejony temat gdzie takie osoby można by "wytknąć palcem" (nawet nie tylko takie, ale też zwyczajnie niesolidne w handlu).
Jak wygląda sprawa wysycenia rynku? Według mnie rotundifolia jest już bardzo rozpowszechniona, a intermedia depcze jej po piętach. Natomiast anglica, obovata i tłustosze to ciągle rarytasy. Rotundifolia jest rzeczywiście bardzo płodna – sam mogę oddać nasiona z tego roku. Możemy nawet zrobić coś w rodzaju „łańcuszka” – na zasadzie „dostaniesz rosiczkę pod warunkiem, że później też rozdasz ją X osobom”.
Proponuję też zabezpieczać wysyłane rośliny, które sprzedajemy torfowcem z własnej hodowli. Nie dość, że świetnie zabezpiecza przed wyschnięciem i zgnieceniem to pozwala komuś założyć własną hodowlę mchu i być może uratuje jakiś leśny mech?
Inna sprawa to osoby zbierające rośliny do swojej własnej hodowli. Nie popieram tego z wyjątkiem sytuacji gdzie zabierając rośliny z ich naturalnego środowiska ratujemy je (zwycięstwo rozsądku nad tym co każe prawo). Sam mam pływacza zwyczajnego „z natury”. W pewnym popularnym w Bydgoszczy miejscu pływacze dosłownie zarastają powierzchnię wody na sztucznie utworzonych jeziorkach. Kiedyś widziałem jak oczyszczali te stawki. Stosy różnych roślin leżały na brzegu i zasychały, a wśród nich pływacze. Wybrałem te jeszcze żywe i wrzuciłem do siebie do oczka.
Nie popieram pobrania roślin czy nasion jeśli nic im nie grozi nawet jeśli taka osoba później rozliczy się z sumieniem i odda kilka roślin naturze, Jeśli taka populacja byłaby nieliczna to zabierając jedną roślinę wyrządzi większą szkodę niż po paru latach może naprawić oddając kilka.
Rotundifolię i intermedię można kupić już od 3zł – zdecydowanie taniej niż zalać buty za 200 kradnąc je z torfowiska.
Kolejna sprawa to nieodpowiednie osoby w nieodpowiednim miejscu. Kilka razy znalazłem puszki po piwie na środku torfowiska. Lubię zwiedzać torfowiska, Widziałem kilkanaście torfowisk ale nie zostawiam tam śmieci i jedyne co wynoszę to kleszcze (ostatnio 2

). Jak najbardziej jestem za odwiedzaniem takiego miejsca, żeby zobaczyć owadożery w naturze, zrobić parę zdjęć itd. Jednak jeśli ktoś chce się wybrać w takie miejsce to niech to będzie osoba umiejąca się w takim miejscu odpowiednio zachować, z odpowiednim poziomem kultury osobistej i najlepiej jakąś wiedzą dzięki, której nie zniszczy czegoś nieświadomie. Niedopuszczalne jest „darcie ryja”, to dom dzikich zwierząt często też zagrożonych. Należy to miejsce podziwiać, a nie niszczyć. To nie miejsce na rozbijanie namiotu i palenie ogniska (niby miejsce podmokłe, ale podczas suszy świetnie się pali – palacze uważajcie

).
Przed udaniem się na torfowisko wypadałoby dowiedzieć się, co na nim możemy spotkać. Jakie rośliny chronione itp. Nie chcemy chyba zadeptać jakiejś zagrożonej rośliny szukając rosiczek? Dobrze też nauczyć się chodzić po torfowcu. Stąpamy „z góry” nie ciągniemy nogami po mchu!!! Przygnieciony torfowiec może się zapaść na kilkanaście cm ale wystarczy 30 min i ślady znikają. Jeśli ciągniemy nogi po mchu porozrywamy go. Nie należy wchodzić na wyjątkowo mokre części z długim torfowcem – ten przewraca się w śladach po stopach i już tak łatwo nie wraca na swoje miejsce. Trzeba też uważać na trzęsawiskach (miejsce gdzie powierzchnia wyraźnie faluje pod stopami). Oznacza to, że pod nami jest cienki kożuch z roślin, a pod nim woda lub rzadka zawiesina szczątków (szczególna ostrożność na ple otaczającym jeziorka!!). Jeśli to się zarwie wpadniecie pod wodę i nie znajdziecie już wyjścia – lepiej wpaść pod lód (ja naprawdę nie żartuję!).
Nie wyjdziecie z torfowiska na sucho - często przemoczeni, oblepieni robactwem, pokaleczeni i bez litra krwi, który wychlały komary. Mam nadzieję, że zniechęciłem kilka nieodpowiednich osób?

moof napisał(a):No ja właśnie nie wiem co teraz robić. Czy dzielić się informacjami o miejscach, gdzie rosną owadożery?.
Uważam, że nie możemy podawać publicznie gdzie dokładnie znaleźć owadożery (jeśli już to nie każdemu i tylko na osobności). W Internecie nie trudno spotkać idiotę. Tak jak jest teraz jest całkiem nieźle. Torfowiska przedstawiane są jako przepiękne miejsca, które warto chronić i mało, kto wie gdzie są, a żeby się dowiedzieć musi się trochę wysilić. Lepiej niech tak zostanie. Sam rzadko podaję lokalizacje i tylko osobie, która jakoś udowodni mi, że jest niegroźna. „Napaleniec z gimnazjum” co chce pozrywać sobie rosiczki zniechęci się jak będzie musiał się wysilić.
Kwestia aktywnego „ratowania” siedlisk owadożów. Przede wszystkim na własną rękę odpada. Chociaż zwinięcie jakiejś inwazyjnej rośliny chyba byłoby legalne? Osobiście jeszcze nie spotkałem kapturnicy purpurowej u nas, żurawiny wielkoowocowej też. Widziałem za to jak z roku na rok zniknęło sporo ciekawych gatunków torfowca na torfowisku zarastanym przez trzcinę (to nie roślina inwazyjna, ale moim zdaniem podobnie groźna jak te wierzby). I co gdyby wyciąć te trzcinę samemu? Ktoś pewnie by powiedział, że to samowolna ingerencja jak tych Czechów (chociaż kto wie, może dobrze zrobili)? Na szczęście dla chcącego nic trudnego, czasami w parkach narodowych itp. szukają wolontariuszy do pomocy (np. mieszkańcy Gdańska i okolic mogą wiosną legalnie pomóc w wycinaniu trzciny zarastającej słonawy, na których rośnie masa rzadkich storczyków i tłustosz pospolity). Niestety decyzję o podjęciu jakichkolwiek działań powinniśmy zostawić osobom do tego wyznaczonym i mieć nadzieję, że robią, co do nich należy.